- Nawet nie wiesz w jakie bagno nas wpakowałeś!
Gniewny głos Crowley’a niósł się głuchym echem odbijany od kamiennych ścian komnaty, w jego tle było słychać trzaski i piski wydawane przez stary gramofon, którego igła zdążyła już ześliznąć się, z nieustannie obracającej się, lekko przy tym podskakującej, winylowej płyty.
Wokół panował półmrok, jedynym źródłem bladego światła była stojąca lampa, pamiętająca już nie jedną minioną epokę – jednak nawet i ona, wydawała się uginać pod ciężarem wzburzonego tonu Aleister’a, nieznacznie kołysząc zawieszonym na jej szczycie żyrandolem.
- Nie taka była umowa! – krzyczał mekhet – Byt z Pustki!
- Te wiedźmy są szalone!
Grzmiał dalej, nerwowo przechadzając się po ciemnym pomieszczeniu, energicznie przy tym gestykulując a wręcz wymachując – długą czarną laską z wyrzeźbioną srebrną głownią o kształcie paszczy ryczącego lwa. Odgłosy jego kroków tonęły w puszystych fałdach szkarłatnego, wypłowiałego dywanu. Dało się nawet odnieść wrażenie, że spłoszone cienie unikają jego dzikiego spojrzenia, przeskakując po ścianach niby przerażone nadejściem rozwścieczonej bestii, zające.
- To wszystko jest szaleństwem… – zamruczał pod nosem, poprawiając przekrzywiony krawat.
Stanął nagle w miejscu, naprzeciw sparaliżowanego strachem markiza, który z trudem starał się zachować choćby pozory niegdysiejszej dumy i buty, opierającego się niby niedbale o antyczny sekretarzyk.
- Mistrzu, jestem równie zaskoczony – odezwał się pewnym i spokojnym głosem markiz, sięgając w międzyczasie lewą dłonią po złoty puchar wypełniony po brzegi krwią. Bez zbytniego pośpiechu z pełnym dostojeństwem, zaczerpnął łyk purpurowego trunku, delektując się nim mówił dalej, lecz w jego głosie dało się wyczuć nutę niepewności:
- Jestem pewien że coś poszło nie tak, sądzę że uda mi się wszystko wyjaśnić…
- Przestań skomleć jak pies! – przerwał mu szorstko Crowley, zbliżając przy tym głownie swojej laski, niebezpiecznie blisko jego twarzy. Twarz markiza choć od wieków biała jak papier, zdawała się poblednąć jeszcze bardziej… a jego mina sprawiała wrażenie jakby połknął właśnie całą cytrynę.
- Słuchaj uważnie… – ciągnął Mekhet, zarzucając swoją laskę na ramię:
- Pozbądź się ich, nikt nie może poznać prawdy, nikt kto poznał - dodał z przekąsem – nie może pozostać przy życiu…
- Ale mistrzu… - wtrącił nieznacznie załamującym się głosem Aleks, stawiając swój puchar na pomarszczonym przez czas blacie sekretarzyka.
- Nie ma żadnego „ale”! – wrzasnął jak ugodzony nożem Aliester, pochylił się tak blisko twarzy markiza, tak iż ten mógł niemal wyczuć lekkie drżenie powietrza, wydobywającego się wraz z każdym słowem z ust Crowley’a.
- Rozpuścimy plotki – mruczał nieco spokojniej Mekhet, prostując się powoli – powiemy że to wina Asari i że to oni przyzwali demona, to da nam czas, da tobie czas na załatwienie sprawy – rzucił złowieszcze spojrzenie w stronę Aleksa.
Markiz skinął głową bez słowa, wpatrując się w żarzące od gniewu oczy Crowley’a. Powietrze, tak jak i panująca wokół atmosfera, było ciężkie i duszne. Aleks przełknął ślinę, bezustannie przyglądając się wzburzonemu magowi.
- Nie zawiedź mnie Aleksie… nie spraw mi zawodu – Crowley podniósł głos - ponownie… - Pogroził laską - jeśli tak by się stało, przyszło by nam zapłacić wysoką cenę… myślę że rozumiesz co mam na myśli.
Aleister zmarszczył brwi uśmiechając się przy tym ponuro, powoli skierował swoje kroki w stronę wyjścia. I gdy markiz sięgał już ponownie po puchar, z zamiarem zwilżenia zeschłych warg – mag zatrzymał się w pół kroku, odwracając głowę w stronę Aleksa, wycedził przez zęby:
- Poinformuj mnie gdy sprawa będzie załatwiona - po czym powoli zniknął oddalając się w ciemnym korytarzu, jednak odgłos jego laski stukającej o marmurową posadzkę niósł się jeszcze dłuższą chwilę, która Aleksowi wydawała się niemal wiecznością.
Westchnienie ulgi wydobyło się z ust markiza, ociężałym krokiem doszedł do wygodnego, obitego skórą fotela, po czym opadł na niego ciężko dysząc i nieustannie wpatrując się w ciemny zarys korytarza.
Z gramofonu popłynęła muzyka, niczym kojący szum morza… Mozart… w jego tle dało się usłyszeć trzaski starej gramofonowej igły, ślizgającej się po zniszczonej przez czas płycie.
Na ramię Aleksa opadł złoty lok a do jego nozdrzy dotarła słodka woń lawendy… poczuł delikatny motyli dotyk dłoni na swoim policzku, który zaczął wędrować po jego twarzy i szyi. Westchnął głośno i niemal szeptem odezwał się:
- Jeśli wszystko się wyda, jesteśmy zgubieni – rozumiesz?
Odwrócił głowę, jego wzrok spotkał się z błyszczącymi, szmaragdowymi oczyma złotowłosej kobiety o alabastrowej cerze, która uśmiechając się krwistoczerwonymi wargami, oparła swój podbródek o jego ramię.
- Jeśli odkryją prawdę… Kirt przestanie być tylko legendą… zostaniemy straceni - wyszeptał cicho, niemal wyszlochał…
Ona wyprostowała się, delikatnym krokiem obeszła fotel i z gracją usiadła na jego kolanach. Jej biała suknia podwinęła się, ukazując jej zgrabne nogi aż po same uda, obejmując obiema dłońmi twarz Aleksa … głęboko spojrzała mu w oczy, ich spojrzenia ponownie się spotkały – jej figlarne – przenikliwe, jego posępne, wystraszone… pochyliła się, dotykając swoimi ustami niemal jego warg, jej kształtne piersi wysunęły się nieznacznie spod sukienki…
- za bardzo się przejmujesz braciszku – wyszeptała – zobaczysz, wszystko będzie dobrze…
Powoli jej usta, niemal muskając go po twarzy, płynęły ku górze, zatrzymując się dopiero naprzeciw jego czoła, gdzie złożyła niczym gołębica swój namiętny pocałunek…
- zobaczysz braciszku… wszystko będzie dobrze…






