Ten poranek wydawał się nietypowy, wydawał się taki spokojny… i tak właśnie było – dopóki nie nastał zmierzch…
Poranek, cichy, niezwykle słoneczny, właściwie tak jasny że ciężko było ujechać mile samochodem, bez założonych okularów przeciwsłonecznych. Tak, ale to bez znaczenia, najważniejsze było to że wokół panował spokój, cisza, można było nawet w centrum miasta usłyszeć śpiew ptaków. Ulice Chicago są niemal puste, delikatny wiatr leniwie poruszał szyldami sklepowych witryn, nikt nie trąbił, nikt się nie spieszył – wprost niesamowity dzień.
Gdy już dotarłem do szklanego monumentu naszej cywilizacji – biurowca, okazało się że mam wolne – jakieś problemy z elektrycznością i łączami – nie ważne. Kawa w barze była gorąca i orzeźwiająca, właściwie to się nią delektowałem niemal pół godziny. Szkoda tylko że to był jedyny otwarty lokal w okolicy, niezły ze mnie farciarz że go wypatrzyłem.
Dzieciaki nie poszły dziś do szkoły, nie muszę ich odbierać, cholera już nawet nie pamiętam kiedy ostatnio miałem cały dzień tylko dla siebie…
Ospale zmieniłem lokal, klub ze striptizem, niesamowicie zapchany ludźmi i to przed południem! Ale mam szczęście, mimo wszystko znalazłem wolne miejsce a te drinki pierwszorzędnie smakują. Godziny zaczęły mijać, jedna za drugą, ech ale ten czas nieubłaganie leci, już niemal dwudziesta, czas się ruszyć, pora wracać, to był niezwykle miły dzień.
Zmierzch, bezludny, cichy i jaskrawy od świateł latarni, świateł miasta, cholerny zmierzch!
Samochód nie chce odpalić, niech to szlak! Jeden telefon, następnie kolejny i kolejny… nikt nie przyjedzie po wóz, wszystkie warsztaty zapchane, niech to diabli!
Wlokę się powoli do przodu, zgrzytając zębami, przystanek autobusowy – niech to szlak! Czekam pół godziny, dzwonię, dyspozytor przeprasza – autobus nie przyjedzie, nie może ruszyć – niech to szlak!
Wlokę się powoli w stronę dworca – mój telefon się zawiesił, sypie po swym wyświetlaczu niezrozumiałymi dla ludzkiego umysłu informacjami, niech go diabli, chiński szajs.
Park, skróty dobre jak i każde inne, nie ma ludzi, nie dziwie się, tylko szaleniec lub samobójca ruszałby się teraz z domu. Jest jasno oświetlony, myślę że wręcz obsypany diamentowym pyłem.
Chyba tak, diamentowy, błyszczący na całej swej powierzchni, skrzący się widmowym blaskiem kryształowego kamienia. Wszędzie wokół ten blask, drzewa, liście, nawet ławki i śmietniki, błyszczą się w świetle latarni jak drogocenne klejnoty.
Czuje się trochę jak postać w jakiejś baśni którą czytałem kiedyś w dzieciństwie, cholera nie mogę sobie przypomnieć jej tytułu. Przysiadam na skrzącej się tysiącami białych iskier ławce, spoglądam w niebo, bezchmurne, gwieździste, wydaje się takie niesamowite, może nawet trochę widmowe…
Mija mnie kobieta. Dość! Otrząsam się, podnoszę wyżej kołnierz płaszcza i snuje się dalej w stronę dworca… kobieta, niemożliwe. Była jednak tak wyrazista, realna… ale to nie możliwe, chyba że uciekła z jakiegoś domu dla obłąkanych… nie, nie możliwe – to centrum miasta, tu nie ma takich ośrodków, nie możliwe… nie przeszła by tak nawet jednej mili, nie dziś…
Strasznie blada była, ubrana tylko w jakąś poszarpaną białą suknię, chyba szła boso?!
Przyśpieszam swój krok, idę już całkowicie pustą ulicą, mijają mnie tylko nieliczne samochody, przystaje na chwilę, wystawa sklepowa a na niej biżuteria. Co ja u diaska robię, nie ma przy mnie Alicji, ech te przyzwyczajenia… stoję jednak tam nadal, wpatrując się w pokrytą błyszczącymi kryształami szybę.
Ociera się o mnie mężczyzna, jakiś dziwny. Łysy, niski, nie najstaranniej ubrany, bledszy nawet od wiszącego na niebie księżyca. Spojrzał na mnie, wymownie nieco, to spojrzenie było dziwne, takie trochę puste, sam nie wiem co mam o tym myśleć.
Ruszam dalej, już niedaleko. Przeklęty dzień, gdzie ten cholerny dworzec?
Mijam kolejny zaułek, przy bladoniebieskim śmietniku widzę skuloną młodą kobietę, nie porusza się… kurwa mać… podchodzę bliżej, poważnie zaniepokojony dotykam jej twarzy, lodowata, wzdrygam się cofając rękę.
Ja pier… nigdy wcześniej nie dotykałem, nawet nie widziałem trupa. Wyciągam telefon, usiłuje zadzwonić po pomoc… on jednak wypluwa kolejne rzędy znaków, zrozumiałych chyba tylko dla ufologów… po czym się wyłącza… z cichym piskiem padła bateria… no kurwa mać!
Spoglądam na kobietę, siedzi skulona, bez ruchu. Ma proste blond włosy, które migocą teraz tysiącami diamentowych iskier… wygląda jakby spała, ubrana jest w jakąś fioletową kurtkę, skórzane buty i rajstopy w czarną kratę. Jest, była ładna, nawet bardzo.
Chwytam się za głowę obiema dłońmi, po dłuższej chwili otrząsam się z szoku, rozglądam spanikowanym wzrokiem wokół. Nikogo nie widzę, wybiegam na ulicę, kręcę się jak oszalały, nikogo nie ma. Krzyczę, wołam o pomoc. Nawet echo mi nie odpowiada, jestem sam. Cholera, nie mam siły już wrzeszczeć, upadam na kolana dysząc ze zmęczenia. Z nieba cicho i powoli sypią się diamenty… błyszczą w świetle latarni kolorami tysięcy kryształów, są takie piękne…
Szelest, nie trzask, tak trzask, odwracam głowę… kobieta, śpiąca kobieta pochyla się nade mną, jej uśmiechnięta twarz i dzikie spojrzenie zielonych kocich oczu… boże jaka ona jest piękna..
Nachyla się bardziej… całuje mnie w szyję… czuję jej zimne, lodowate usta… ból… przechodzą mnie dreszcze…
Ciepło czuję ogarniającą mnie falę gorąca, szyja piecze, bardzo, wręcz pali ogniem, czuję pulsujący w niej żar… pulsujący coraz słabiej z każdym powolnym uderzeniem mojego serca…
Dziewczyna stoi przede mną, jej uśmiechnięte usta… takie barwne, szkarłatne… boże jaka ona jest piękna…
Zimno, czuję przeraźliwe zimno, osuwam się na skutą lodem ziemię, usiłuję się czołgać… nie mam już siły… czuję taki chłód… taką senność…
Ona stoi, ta śniąca kobieta, stoi naprzeciw mnie… śmieje się?
Wyciągam ku niej rękę, proszę, proszę o pomoc… szyja, piecze mnie, chwytam się za nią… ciepło, spoglądam na swoje palce… krew? widzę na swej dłoni krew, moją krew! Z niedowierzaniem podnoszę wzrok na dziewczynę… stoi tam nadal, śmieje się lekko… jej szkarłatne wargi, szkarłatne od krwi, mojej krwi?
Otwieram usta… nie mam już sił na wypowiedzenie choćby jednego słowa… spoglądam na nią… ogarnia mnie ciemność… leżę… czuję jak uchodzi ze mnie… uchodzi życie…
Leżę wśród bieli nocy, w czerwonej kryształowej kałuży, wokół mnie migoczą diamenty pruszące z nieba… ostatnim wysiłkiem woli otwieram oczy… jestem na perskim dywanie z diamentowego puchu… nabieram go, zaciskam pięść, otwieram dłoń… nie topnieje… moje palce są zimne, bardzo… spoglądam… jest tak cholernie zimno… ona.. widzę jej buty, niewyraźnie… stoi nadal, słyszę śmiech.. jej śmiech…
Boże… w moim zamglonym umyśle, rysuje się obraz… skulonej, śpiącej kobiety…
Nie mam siły na kolejny oddech… zamieram w bezruchu…
Spoglądam na skuloną przy śmietniku kobietę, przyglądam się płatkom śniegu w jej jasnych włosach, widzę jak kryształki lodu błyszczą na jej zamarzniętej, martwej twarzy…
Boże… jaka ona piękna…





