Wspomnienia

paź
11

W gabinecie unosił się delikatny, miły zapach kokosu, w tle słychać było muzykę.

Mardok stoi nieopodal biurka, wpatruje się w świece ustawione pod obrazem Elizabeth. Właśnie zmienił się utwór w odtwarzaczu. Zaczęło lecieć Antonio Vivaldi – „Der Fruehling”.
Jego oczy stały się nieobecne, jakby spoglądały w dal. Po chwili wszystko zaczyna się zlewać, obraz zaczyna wirować. Wszystko stało się niewyraźne…

Sala balowa. Właśnie trwa przyjęcie nowo roczne. Mark siedzi przy stoliku z boku sali, spoglądając na świece ustawioną na nim, zamyślony. Oczekuje na swego przyjaciela. Orkiestra gra Antonio Vivaldi – „Der Fruehling”.
Po chwili pojawia się John, wraz z nieznaną mu towarzyszką.

- Witam Marku, przepraszam za spóźnienie, ale wiesz jak to jest. – Z uśmiechem przywitał się. – To jest Elizabeth, pomaga nam nad naszym znaleziskiem, to jest Mark.

Przywitali się, Mark ucałował Elizabeth w rękę oniemiały jej urodą. Całe przyjęcie nie mógł oderwać oczu od niej. Była taka piękna, delikatna jak kwiat, ruszała się z niesamowitą gracją i lekkością. Była dowcipna, wykształcona, potrafiła bardzo ciekawie opowiadać, a jak tańczyła! Nie jeden próbował dorównać jej kroku na parkiecie, z kiepskim rezultatem. Mark był zauroczony, w zasadzie zakochany od pierwszego wejrzenia.
Przyjęcie trwało do bladego świtu. John i Mark wymęczeni i delikatnie pijani wracali do swoich domostw po odprowadzeniu Elizabeth, która to też stała się głównym tematem ich rozmów podczas tego spaceru. Jak się później okazało Elizabeth zagościła w ich życiu na dłużej…

Mardok wyrwał się z odrętwienia i usiadł na krześle za biurkiem. Wziął do ręki skarabeusza stojącego na biurku.
Tyle lat już upłynęło, a pamiętam ten dzień jak dziś. Dotyk jej dłoni podczas powitania, podczas tańców. Takie delikatne. Jej uśmiech taki promienny. Jej zapach taki powabny i podniecający…
Przygląda się skarabeuszowi, obracając go w dłoniach. Jego oczy znów stają się nieobecne, obraz zaczyna się rozmywać, jego myśli wędrują gdzieś daleko…

Port. Mark oczekuje na swych przyjaciół oparty o barierkę. Po chwili wyłania się zza ściany Elizabeth. Ruszył w jej stronę uśmiechnięty. Gdy go tylko zobaczyła również się uśmiechnęła, i podbiegła do niego rzucając się mu w ramiona i obejmując szyję.

- Cześć Marku. Szkoda że nie mogłeś z nami pojechać, było cudownie. Ale nie myśl sobie, że zapomniałam o tobie. Przywiozłam ci mały podarunek. – Po czym sięgnęła do torby i wyciągnęła rzeźbę skarabeusza. – Wiem że lubisz tego typu rzeczy a nie widziałam, abyś miał w swej kolekcji skarabeusza.
- Dziękuję ci Elizabeth, wspaniały upominek. – Po czym pocałował ją w policzek. Ona odwróciła się, wypatrując Johna.

Mark spoglądnął na nią. Patrzył na jej wspaniałe rudawe włosy, połyskujące teraz w promieniach słońca. Wdychał jej zapach, pomimo podróży roztaczała urzekający zapach lawendy.

„Och Elizabeth, wspaniały prezent, teraz zawsze będzie ze mną. Tak bardzo cię kocham…”

Po chwili zza ściany wyłonił się John z walizkami. Od razu jak ich zauważył skierował się w ich stronę.

- Witam Marku, jak tam konferencja w Londynie? – Mówiąc to odłożył walizki i nie pozwalając mu nawet odpowiedzieć kontynuował – powiedziałaś mu skarbie? Nie? Marku, zostaniesz moim drużbą? Oświadczyłem się Elizabeth i powiedziała TAK! – powiedział z euforią i obejmując Elizabeth pocałował ją w usta.
- Oczywiście Johnie, moje gratulacje! – Powiedział z udawaną radością i uśmiechem na twarzy.

Poczuł właśnie jakby ktoś pchnął go sztyletem w brzuch i pokręcił kilka razy…

Odłożył skarabeusza na biurko. Kliknął kilka przycisków na laptopie, uruchamiając wielką plazmę. Leciały wiadomości. Patrzył w ekran, ale nie zwracał uwagi o czym mówią. Z oka pociekła mu krwawa łza.
Wstał, otarł łzę białą chusteczką. Opuścił gabinet i udał się do swej sypialni.
Po otwarciu drzwi poczuł ten zapach, jej zapach, zapach lawendy. Smutny uśmiech pojawił się na jego wargach. Popatrzył na wystrój niedawno zakończonego pomieszczenia. Jego spojrzenie zatrzymało się na książkach leżących na szafkach przy łóżku…

- Johnie, jutro są urodziny Elizabeth, czy masz coś dla niej?
- O kurde, zupełnie wypadło mi to z głowy. Masz może jakiś pomysł Marku? Mógłbyś mi pomóc? Bo jestem strasznie zajęty tą księgą.

Mark popatrzył na niego z niedowierzaniem. Miał wspaniały prezent przygotowany dla niej, ale teraz nie mógł jej go dać, skoro jej narzeczony nie ma nic.

- Mam coś dla ciebie, najnowsze wydanie Makbet” Szekspira. Lubi tą książkę, powinno się jej spodobać.
- Dzięki przyjacielu, jesteś niezastąpiony. Mógłbyś ją położyć tam? Jutro jej dam. Zawsze myślisz o wszystkim. – Zaśmiał się John po czym wrócił do lektury.

„Ehh… Przyjacielu, jak tak będziesz nadal postępował to ją stracisz… „

Podszedł do nakastlików, zdmuchnął kurz z książek, poprawił je i skierował się do stolika, usiadł na krześle. Rozglądał się po całym pomieszczeniu.
Tak, to by się jej podobało. Myślę, że coś takiego zawsze chciała. Nie to co dawniej tu było, to co musieliśmy znosić parę lat temu, te surowe meble, surowe warunki. Przy tej komodzie zapewne często by siedziała układając swe cudowne włosy i poprawiając makijaż. – Wyobrażając to sobie uśmiechnął się do siebie. – Ta wielka szafa pomieściłaby jej niezliczone ilości ubrań…
Jego rozważania przerwał zmieniający się utwór, zaczęło lecieć Der Winter : Largo” – Antonio Vivaldiego. Jego wzrok znów stał się nieobecny, wspomnienie…

Późna wiosna. Prace na ogrodach wrą, sprzątania, koszenia, przycinania, przygotowania do lata. Mark właśnie wrócił z tygodniowego pobytu w Londynie. Pogoda się udała, świeciło słońce, wiatr od czasu do czasu dał znać o swej obecności, było znośnie ciepło. Bagaż położył przy wejściu i udał się przespacerować po ogrodzie.

„Coś może pomogę Samuelowi, bo znając Johna nie najął nikogo do pomocy. Trzeba trochę te krzewy przy…”

Jego rozmyślania przerwał kobiecy głos zza pleców.

- Marku, zaczekaj. Witam cię, jak pobyt w Londynie? – Z wątłym uśmiechem przywitała go Elizabeth.
” Matko, jak ona wygląda. Jakby postarzała się o parędziesiąt lat…”
- Witam Cię Elizabeth – z uśmiechem przywitał się. – Pogoda marna, nudy straszne, hehe. – Zaśmiał się, przyglądając jej się. – A co tam u Ciebie?
- Ahh.. Marku, co ci mogę powiedzieć. Jakoś się trzymam, ale nie wiem jak długo wytrzymam to wszystko. John jest, ale tak jakby go nie było, nie jestem w stanie nawiązać z nim kontaktu. – Usiadła na murku kamiennym nieopodal zamku, twarz przykryła dłońmi i zaczęła płakać.

Usiadł przy niej i delikatnie ją objął. Wiedział, że ostatnio między nimi działo się coś niedobrego, ale nie zdawał sobie pojęcia, że aż tak. Z zamku słychać było muzykę, „Der Winter : Largo” – Antonio Vivaldiego.

- Wszystko będzie dobrze, John cię kocha. Wiesz o tym. – Próbował ją pocieszyć. Podniosła głowę i spojrzała na niego swoimi pięknymi, zapłakanymi oczami.
- Już nie jestem tego taka pewne Marku.

Patrzyli tak na siebie trzymając się za rękę i obejmując. To co się stało dalej zmieniło wiele, a jeszcze więcej zmieni w przyszłości. Ich usta połączyły się w namiętnym i pożądliwym pocałunku. Żadne z nich nie myślało o możliwych konsekwencjach. Pragnęli się i to bardzo. Nie myśląc o niczym innym, oddali się namiętności na trawniku za zamkiem. W tle było słychać utwór Vivaldiego.

Jakże to było cudowne, dotyk jej ust, dłoni, zapach jej ciała, dotykać jej piersi, twarzy, bioder, ud… Do dnia dzisiejszego pamiętam wszystkie szczegóły z otoczenia; zapach skoszonej trawy na ogrodzie, dotyk słońca na mych plecach, śpiew ptaków…

Pochłonięty wspomnieniami nawet nie zauważył kiedy znalazł się znów w swym gabinecie. Odruchowo podszedł do obrazu Elizabeth.

Czy zrobiliśmy błąd kochana? Pewnie tak, chociaż nie chce w ten sposób o tym myśleć. Pech chciał, że on cię pierwszy poznał, że miałem za mało odwagi, aby wcześniej wyrazić ci me uczucia, że nie można było się z nim porozumieć po fakcie.
Pech, zasrany kurewski pech!!!

Usiadł na fotelu za biurkiem i delikatnie zaczął się bujać. Spojrzał na laskę, pięknie wykonaną, posrebrzaną laskę ze zdobioną rękojeścią w dziwne wzory.

Tej nocy co mnie zabrali, co dostałem wino z trucizną, miałem tylko nadzieję, że tobie nic nie zrobią. Bo on wiedział o nas. Tylko ta nadzieja trzymała mnie przy życiu, ta i jeszcze to, że cię kiedyś zobaczę. Namieszali mi w głowie. Pozbawili wspomnień. Zapłacą kiedyś za to!! Zapłacą choćbym miał przypłacić to śmiercią, może wtedy się spotkamy, gdzieś tam…
Miałem cię, udało mi się cię odnaleźć, zupełnym przypadkiem, ale jednak. I co z tego, co z tego do jasnej cholery!?! Nie wiedziałem kim jesteś, nie wiedziałem…
Dlaczego to zrobiłaś, dlaczego?!?! Dlaczego wybrałaś takie rozwiązanie? Dlaczego nie mogłem cię ocalić, dlaczego nie pamiętałem, dlaczego…

Krwawe łzy pociekły mu z oczu. Otrząsnął się z zadumy i sięgnął po białą chustkę, aby wytrzeć łzy. Chustkę wywalił do kosza. Sięgnął po skarabeusza i zaczął go obrać w dłoniach.

Tak bardzo boli. Tak bardzo mi cię brakuje. Tak bardzo cię kocham, ale Ciebie już nie ma.Wiele bym dał, aby cofnąć twą decyzję. Mogłoby być tak cudownie, tak jak było przez ten rok, albo i nawet lepiej. Mam jeszcze nadzieję, że gdzieś, kiedyś się jeszcze zejdziemy, po tej drugiej stronie… Teraz pozostały mi tylko wspomnienia, piękne wspomnienia których już mi nikt nie odbierze…

Wstał od biurka, podszedł do obrazu, poprawił świece, spojrzał na obraz i uśmiechnął się gorzko. Usłyszał dźwięk z laptopa, właśnie otrzymał jakiegoś maila. Powoli odwrócił się i skierował do komputera.

Tak, jestem pewien, że kiedyś się jeszcze spotkamy. Ale jeszcze nie teraz, jeszcze nie. Jest trochę do zrobienia i trzeba się tym zająć…

Musisz być zalogowany by móc odsłuchać tło muzyczne

 

Jedna odpowiedź do “Wspomnienia”

  1. avatar Camarilla pisze:

    Gdy oddajesz bogom przysługę, sprawiasz, że niemożliwe jest na wyciągnięcie ręki.

☛ Musisz być zalogowany by móc napisać komentarz