Archiwa zawierające informacje: ‘Abigail’

Noc

lut
6

Oriana Gwiazdy widoczne na nocnym niebie
Umarłe przez wieki
W Słońcu stwarzają iluzję
życia przez te wszystkie lata.

 

 

Noc powoli ustępowała, promienie światła nieśmiało przebijały się przez ciężki mrok. Leżała tak pośród jedwabnych poduszek, jej ciało lekko muskał chłodny wiatr dobiegający z szeroko otwartego okna. Przyjemne uczucie, niczym dotyk najczulszego kochanka. Prawie zatracając się w tym doznaniu, zdała sobie sprawę z tego, że mogła już nigdy więcej tego nie doświadczyć. Mogła stracić dużo więcej, mogła stracić wszystko… gdyby nie udało się jej wrócić.

Powinna dziś świętować, cieszyć się, że została przywrócona temu nie najlepszemu ze światów. Jednak nie mogła. Od razu zasypano ją wyrzutami i długami wdzięczności. Czy na tym świecie nawet u ludzi próżno szukać cienia bezinteresowności czy współczucia? Sama odpowiedziała sobie na to pytanie. Wrażenie, że nikt prócz Johna nie cieszył się z jej powrotu nie dawało jej spokoju. Nie powinna się tym przejmować w końcu chyba sobie zasłużyła, lecz myśl, że wybraliby Abigail trochę ją przygnębiła. Oczywiście nie dała im tego do zrozumienia, nie mogłaby.

Nie ważne pomyślała, chociaż Zed zapłaci w swoim czasie za to jak nikczemnie potraktował jej ciało, lecz teraz to nie jest najważniejsze.

Spojrzała w stronę wiolonczeli, jej umysł podsunął obraz Dantego grającego. Jego szczery uśmiech kiedy dzielił się z nią właśnie skomponowaną melodią. Uśmiechnęła się na to wspomnienie, jednak szybko wyblakło, a na jego miejsce nasunął się straszny obraz zmasakrowanej twarzy ukochanego.

Jak niewiele miłych wspomnień z nim związanych, zdecydowanie za mało, uświadomiła sobie, że prawie nic o nim nie wie, lecz kiedy wróci nadrobią zaległości.

Wróciła myślami do wiolonczeli i miecza, który znalazła w środku. Nasuwało się jej mnóstwo pytań. Kto go tam podrzucił? Po co? Dlaczego właśnie teraz? A przede wszystkim skąd go miał?

Czytaj całość »

Słoneczny dzień i ten cholerny zmierzch!

sty
22

Ten poranek wydawał się nietypowy, wydawał się taki spokojny… i tak właśnie było – dopóki nie nastał zmierzch…

Poranek, cichy, niezwykle słoneczny, właściwie tak jasny że ciężko było ujechać mile samochodem, bez założonych okularów przeciwsłonecznych. Tak, ale to bez znaczenia, najważniejsze było to że wokół panował spokój, cisza, można było nawet w centrum miasta usłyszeć śpiew ptaków. Ulice Chicago są niemal puste, delikatny wiatr leniwie poruszał szyldami sklepowych witryn, nikt nie trąbił, nikt się nie spieszył – wprost niesamowity dzień.

Gdy już dotarłem do szklanego monumentu naszej cywilizacji – biurowca, okazało się że mam wolne – jakieś problemy z elektrycznością i łączami – nie ważne. Kawa w barze była gorąca i orzeźwiająca, właściwie to się nią delektowałem niemal pół godziny. Szkoda tylko że to był jedyny otwarty lokal w okolicy, niezły ze mnie farciarz że go wypatrzyłem.

Dzieciaki nie poszły dziś do szkoły, nie muszę ich odbierać, cholera już nawet nie pamiętam kiedy ostatnio miałem cały dzień tylko dla siebie…

Czytaj całość »